Czy wychodzisz z kiepskiego spektaklu?

Pamiętacie taką reklamę: ludzie chodzą po galerii sztuki współczesnej i podziwiają wieszak na ubrania… który okazuje się prawdziwym (normalnym) wieszakiem na ubrania…? Mają oczywiście przy tym poważne miny koneserów sztuki, a zażenowanie pojawia się dopiero w chwili, gdy ODKRYWAJĄ, że owo dzieło nie jest dziełem sztuki, lecz zwykłym przedmiotem użytkowym.   

Dziś więc o asertywności w sztuce, a raczej w odbiorze sztuki. Teraz pytanie za 100 punktów: jak często zdarza Ci się podziwiać jakieś dzieło sztuki, tylko dlatego, że JEST DZIEŁEM SZTUKI? (Słowacki wielkim poetą był!)? Wiem, że to nie jest w 100% pytanie o asertywność, bo gdzieś po cichu wkrada się tu obawa przed posądzeniem o ignorancję, lęk przed wyszydzeniem, być może kpiące spojrzenia tych, którzy “się znają”…

Tak, znam to. Sporo złego zdziałała tutaj szkoła (patrz wyżej: Słowacki wielkim poetą…). A gdy już wychodzimy z systemu, w którym ktoś MÓWI nam, co się ma nam podobać, a co niekoniecznie, to zdarza się nam zapominać, że MAMY PRAWO, patrząc na dzieło sztuki, powiedzieć: nie podoba mi się!

Ja świetną szkołę z dawania sobie prawa do głośnego mówienia “beznadziejne!” miałam podczas studiów. Z wykształcenia jestem teatrologiem i przez jakiś czas zajmowałam się krytyką teatralną. To oczywiście też nie było takie proste. Bądźmy szczerzy, jeśli piszesz tekst, który ktoś gdzieś ma potem opublikować pod swoim szyldem, to czasem usłyszysz: “Napisałaś pozytywną recenzję… hm… ale Edyta, bądźmy szczere, to przecież NIE BYŁ dobry spektakl…” (true story). Politykę w sztuce jednak zostawmy, na szczęście to nie miejsce na roztrząsanie tego. Wspominam jednak o tym, bo dzięki takim doświadczeniom nabrałam trochę grubej skóry przy wyrażaniu opinii na temat teatru. Choć z pewnego rodzaju nabożeństwem zdarzało mi się wchodzić na spektakle np. Klaty, Kleczewskiej, czy Strzępki i Demirskiego, to wychodziłam już z WŁASNĄ opinią. (A czasem o tę własną opinię trzeba było powalczyć). Jak już nabrałam pewności, że posiadanie własnej opinii nie jest zbrodnią, odważałam się od czasu do czasu na wychodzenie ze spektakli, które – wg mnie – były po prostu okropne! Do dziś pamiętam koszmarną (wg mnie!) interpretację Hamleta… miałam tak dość, że postanowiłam wyjść, nie czekając na przerwę. Jak na złość siedziałam w samym środku widowni (dosłownie). Przeciskałam się więc przez wszystkich, wypatrując neonu “wyjście”, mając jednocześnie cichą nadzieję, że aktorzy nie zauważą. (Tak, względem aktorów, miałam trochę wyrzuty sumienia, bo spektakl ewidentnie położył reżyser).    

Ten “trening asertywności” teatralnej niestety nie przełożył się w moim przypadku na asertywność w sztukach plastycznych. Kilka tygodni temu miałam przyjemność zwiedzać Uffizi: stałam pod słynnymi Maestami (Giotto, Cimbau, Duccio) i podziwiałam… aż za plecami usłyszałam: “ale te dzieciątka Jezus brzydkie!”. Zachciało mi się histerycznie śmiać, bo uświadomiłam sobie, że NIGDY nie pomyślałam o tym w ten sposób. Fakt, wg współczesnych kanonów piękna, są po prostu brzydkie! Czy coś w tym złego, że powiemy to na głos?

Tak, asertywności w odbiorze sztuki uczymy się przez całe życie. Paradoksalnie im większą masz wiedzę na jakiś temat, tym łatwiej głośno powiedzieć, co NAPRAWDĘ sądzisz. Zaczynasz wtedy rozumieć, że masz prawo do własnej opinii (nawet jeśli zastępy krytyków i historyków sztuki mówią, że coś MUSI się podobać!). Nie zachęcam do ignorancji! Zawsze warto znać kontekst, ale jeśli coś naprawdę nie budzi twojego estetycznego zachwytu, nie bój się mówić o tym głośno. Jest to ważne także dlatego, że istnieje bardzo cienka granica między obawą przed posądzeniem o ignorancję, a – pisząc brzydko – wciskaniem sobie kitu, że coś jest wielkie i wybitne (bo inni tak mówią).

Na zakończenie taka historia, także z czasów, gdy byłam recenzentką. To było zdaje się podczas Festiwalu Malta w Poznaniu. Wielkie zagraniczne nazwisko, wielkiego sławnego performera (tak wielkie, że po latach już nawet nie pamiętam!). Wielki performance. Tłum ludzi. Artysta stanął na środku, rozebrał się do naga i usiadł na krześle. Wtedy wkroczyła jego asystentka, która zaczęła go zszywać… ręce ze sobą, nogi ze sobą, finałem były usta… Hm… Koniec. Hm…

Kontekst? Był tak mętny, że nie miałam pojęcia co autor miał na myśli, choć – jako teatrolożka – naprawdę! starałam się zrozumieć… Pamiętam tę bitwę słowną, którą musiałam stoczyć, gdy odważyłam się powiedzieć: to było okropne!  Ale pamiętam też satysfakcję, gdy powiedziałam to na głos!

Zgadzam się, że asertywność w ocenianiu sztuki bywa grząskim gruntem, że znajdą się złośliwcy, którzy będą starali się udowodnić Ci, że się nie znasz… Potraktuj to więc z przymrużeniem oka i baw się dobrze – sztuka ma Ci dawać radość, refleksję, czasem zaintrygowanie,  ale na pewno nie taki ból głowy:)

PS: Jeśli jesteś ciekawa, co się może zdarzyć, gdy szczerze skrytykujesz rzekomo wielkie dzieło, polecam przeczytanie dramatu Yasminy Rezy Sztuka, a mieszkańców Górnego Śląska zachęcam do zobaczenia spektaklu pod tym samym tytułem w teatrze Korez w Katowicach.      

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s