O szarlatanach, oszustach i innych magikach

Wiecie jaki jest jeden z podstawowych problemów ludzi, którzy zaczęli się profesjonalnie zajmować coachingiem? Hmm – nie! Problemy są dwa:

  1. Jak wytłumaczyć czym się zajmuję?
  2. Jak poradzić sobie z hejtem?

Bo oto kończysz szkołę coachingu/ studia podyplomowe/ studia magisterskie (mówię o ludziach, którzy mają na to papier i wykonują zawód etycznie) i odpalając internety możesz dostać w twarz wiadrem z pomyjami. Dowiadujesz się, że jesteś szarlatanem, oszustem, naciągaczem i wyłudzaczem. Że krzywdzisz ludzi. Mówiąc krótko, dostajesz takiego strzału z hejtu, że wielu młodych coachów – o bardzo dobrych intencjach – chowa się pod mentalną kołderkę i już nigdy spod niej nie wychodzi… Zmieniają zawód, albo wracają do poprzedniego. Przypominam w tym miejscu, że coachingiem na ogół zajmują się ludzie, dla których jest to już “kolejny” zawód i dalszy etap w ich wykształceniu. A to z tej prostej przyczyny, że w Polsce jest to branża stosunkowo młoda, a coachingu uczy się głównie na studiach podyplomowych (choć i stosowne kursy można znaleźć, uważałabym jednak na 2-dniowe szkolenia, które mają z Ciebie zrobić coacha w 16 godzin….).

Ale to wszystko nie ma znaczenia dla naczelnych hejterów. Bo to klasyka typu: nie wiem i nie rozumiem, zatem się wypowiem!

Moim celem nie jest “nauczać”, czym coaching jest, a czym nie jest. Bo mam takie przekonanie, że jeśli ktoś jest ciekawy, to po prostu się dowie, bądź weźmie osobiście udział w jednej sesji i sprawdzi “czym to się je”. Wielu coachów – ze mną włącznie – pierwsze sesje oferuje bezpłatnie. Zatem – nie, nie wyłudzają pieniędzy od “naiwnych”. Zresztą – o czym jakoś nikt głośno nie mówi – uczestniczenie w procesie coachingowym wymaga pewnej dozy samoświadomości i (co tu dużo mówić) inteligencji. Tzw. “naiwni” naprawdę NIE SĄ klientami na coaching! No ale cóż… Pan Zdzisiu, co to pisze komentarze w internetach – wie lepiej!

Zgodzę się, że opinię branży psują: “coachowie” leczący raka, mówcy motywacyjni typu: jesteś zwycięzcą, czy inni “coachowie” co to obudzili się pewnego dnia i POSTANOWILI, że od dziś będą coachami, choć nie pofatygowali się, aby zdobyć wykształcenie w tym kierunku…  To problemy w dużej mierze natury formalnej, z którymi borykają się nowe zawody. Nie ma kar za to, że ktoś NAZWIE się coachem! I dlatego jest, jak jest.

Ja – aby od tego nie zwariować i robić to, co robię – postanowiłam myśleć o tym powszechnym hejcie jako o lęku przed nieznanym. To taki pierwotny lęk, który ma w pewien sposób chronić gatunek/ grupę/ plemię/ kastę… itp. Kiedyś wyglądał mniej więcej tak: burza z piorunami – jakieś huki i rozbłyski na niebie, chowam się do jaskini, bo to na pewno źli bogowie. Lub tak: Europejczyk spotykający po raz pierwszy Afrykanina – czarny, więc na pewno zły i szatański, lepiej unikać, albo zakuć w łańcuchy. Lub tak: pierwsze szczepionki – wstrzykują nam zarazki, chcą nas pozabijać! (Ze smutkiem stwierdzam, że ostatni lęk jest wciąż aktualny…)  Listę lęków przed nieznanym można by rozwijać w nieskończoność. Teraz kulturoznawca we mnie cieszy się jak dziecko i myśli sobie, jaki to fantastyczny temat na rozprawę naukową! Rozwój cywilizacji a lęki ludzkości  albo  Lęk przed nieznanym – historia wynalazków. Teraz jeszcze doprecyzować krąg kulturowy i ramy czasowe i pisać, pisać, pisać! Aby mogły przeczytać kolejne pokolenia kulturoznawców czy socjologów, bo wiadomo, że nikt inny tego nie przeczyta. Psychologowie pewnie też chętnie pokusiliby się o taki temat, choć w nieco innym ujęciu – gratka!

Wracając do tematu. Od zarania dziejów ludzie boją się tego, co nieznane, obce, inne. Swój – obcy, to pierwotne rozróżnienie w grupach wszelakich (sąsiad z sąsiadem w jednej wiosce się nie lubią, ale jak zaatakują CI INNI z innej wioski, to będą walczyć ramię w ramię przeciw OBCYM). Ludzie bali się od zawsze, a tam gdzie strach to i nienawiść – bo jest “łatwa”. Aby ją żywić nie potrzebujesz POZNAĆ tego, co nieznane. Nie musisz się wysilać. Wystarczy, że temu, czego nie rozumiesz nadasz negatywną etykietkę – i sprawa załatwiona. Jeśli przyszły Ci teraz do głowy: rasizm, homofobia, szowinizm, islamofobia, antysemityzm (można by tak wymieniać i wymieniać). Słusznie! Wszystko to odmiany kesenofobii, czyli lęku przed obcymi i tym, co obce.

Rzecz w tym, że dzisiejszy świat jest prawdziwym eldorado dla ksenofobów. Wystarczy mieć internet i cały swój strach pomieszany z nienawiścią możesz rozlać w umysły innych (którzy też, po ludzku, się boją, są zatem podatni na wpływ). I tak to się kręci.

Lęk przed nieznanym sam w sobie nie jest zjawiskiem jednoznacznie złym. Nasi przodkowie słusznie unikali burz z piorunami, członkowie jednego plemienia nie bez powodu obawiali się członków innego (bo, co jeśli będą mieli złe intencje?); nie ufasz nowej na rynku firmie pożyczkowej? Słusznie! Ten lęk do pewnego stopnia ma nas chronić.

Pytanie brzmi, gdzie kończy się słuszna obawa, a gdzie zaczyna bezmyślny hejt?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s